Mój pierwszy bieg ultra, czyli Chudy Wawrzyniec 50 km

W końcu pobiegłam bieg ultra! Chudy Wawrzyniec – 53 kilometry w górach. Do tego momentu prowadziła droga kilkuletnia, którą opisałam w tej relacji

Początki

Droga do mojego górskiego biegu ultra, czyli powyżej 40 km, zaczęła się 5 lat temu. Wtedy jeszcze nikt z moich znajomych nie myślał o przeniesieniu się z asfaltu lub leśnych ścieżek w góry. Na jednym z naszych pierwszych spotkań klubowych (Rybnicka Grupa Biegowa „Pędzimy razem”) rzuciłam pomysł, aby pojechać pobiegać w góry. Trasę miałam obmyślaną: Brenna – Klimczok – Błatnia – Brenna. Nikt wtedy nie wykazał zainteresowania. Pojechałam sama. Było cudownie. Jednak przy zbiegu z Błatniej, czyli pod koniec trasy, skręciłam kostkę niefortunnie. Nie wiem jak to się stało. Z bólem dobiegłam do samochodu. Ta kontuzja wyłączyła mnie z biegania na prawie pół roku. Niedługo później znajomi zaczęli biegać po górach. Zaczęliśmy jeździć na zawody w biegach górskich 15-20 km, a trasa którą sobie wtedy wymyśliłam, jest do dzisiaj naszą najbardziej ulubioną trasą treningową.

Nieoficjalny bieg ultra

Po przeczytaniu kilku kultowych książek o bieganiu ultra, zaczęła krążyć mi w głowie myśl o dłuższych dystansach. Wymyśliłam trasę 80 kilometrów po Beskidzie Śląskim rozłożoną na dwa dni, z noclegiem w schronisku na Skrzycznem. Miałam nadzieję, że tym razem, zapalonych już do biegania w górach przyjaciół, zdołam na to namówić. I udało się! Okazało się, że mamy dostępny domek w Lipowej u znajomych, więc zamiast schroniska, nocleg zaplanowaliśmy właśnie tam. Zorganizowaliśmy wypad weekendowy. Zaczynaliśmy i kończyliśmy naszą biegową pętlę po Beskidzie Śląskim w Ustroniu. To był niesamowity wyjazd ze wspaniałymi ludźmi. Biegliśmy w ósemkę i mimo trudu, i niemiłosiernego upału, który nam towarzyszył, wszyscy wspominamy ten bieg z łezką w oku wiedząc, że takie rzeczy dwa razy się nie zdarzają…

Maraton w Barcelonie

Od tamtego czasu do teraz, moim największym osiągnięciem było przebiegnięcie maratonu ulicznego. To był kolejny wspaniały wyjazd w gronie biegowych przyjaciół. Zurich Marató de Barcelona to było niesamowite przeżycie, szczególnie start i finisz. Bardzo intensywne emocje. Maraton zrobiłam z wynikiem relatywnie do przyjęcia jak na pierwszy start 4:38. O ile zaczęłam szybko i czułam, że atmosfera mnie niesie, to po trzydziestym kilometrze dało o sobie znać słabe przygotowanie.

A jednak góry

Dlaczego wolę biegać w górach?
Bieg uliczny, to jednostajne tempo, “noga za nogą, noga za nogą…” Natomiast góry to różnorodne tempo wymuszone różnorodnością terenu. No i to, co pod stopami, asfalt – kontra ziemia i skały. Dookoła beton – kontra roślinność i niesamowite widoki. Dźwięki miasta – kontra dźwięki natury. Bieganie uliczne to najczęściej tłumy ludzi wokoło – i to jest niesamowite. W górach na trasie ludzi jest mniej, ale jakby są sobie bliżsi. Ale to właśnie w górach biegacze doświadczają tzw. samotności biegacza długodystansowego. Ludzie wokół vs. samotność – nie chciałabym rezygnować z żadnej z tych opcji. Zawsze doceniałam bieganie z przyjaciółmi, ale i samotne truchtanie. Bieganie w górach wymaga albo ogromnego wysiłku – podbiegi/podejścia. Albo maksymalnego skupienia – zbiegi. Niewiele jest okazji do swobodnego biegu na zasadzie: prosto, łatwo i przyjemnie. Ups… przesadziłam, przyjemnie jednak jest! Dlatego przez kolejne lata po Barcelonie nie dążyłam do uczestnictwa ponownie w maratonie ulicznym.

Wiedziałam, że nastąpi w końcu moment, kiedy pobiegnę swoje pierwsze górskie ultra. Nie wiedziałam tylko kiedy i gdzie. W tym czasie moi znajomi przebiegli już wszystko, co można przebiec: od Rzeźnika po UTMB. Ja natomiast co roku zaliczałam górskie biegi w Szczawnicy 21 kilometrów i parę innych zawodów górskich. Jeździliśmy też w góry ze znajomymi lub jeździłam sama o każdej porze roku.

Dlaczego „Chudzielec”?
Pierwsza moja styczność z Chudym Wawrzyńcem miała miejsce, kiedy pojechałam do Ujsoł, do parku linowego i całkiem przez przypadek widziałam start Małej Rycerzowej w ramach Chudego Wawrzyńca. W strugach deszczu… O ile serce było z biegaczami, to rozum wtedy im nie zazdrościł. Wizja siedmiu, ośmiu, dziewięciu i więcej godzin biegu w deszczu przerażała mnie.
Jednak wybór padł właśnie na ten bieg. Wiedziałam, że ostatnie 4 lata historii Chudego to bieganie w deszczu. Tak to sobie Matka Natura poukładała. Pięknie się zdarzyło, że mi dała słońce i wspaniały, chłodzący wiatr! Za tym biegiem przemawiał także dostępny dystans 53 kilometry, czyli nie za mało, a i nie za dużo jak na pierwsze ultra. Smaczku dodawał fakt, że to kultowy, trudny biegowo ultra, bez możliwości saportowania biegaczy, bez opcji przepaku i z jednym tylko punktem odżywczym na tym dystansie zapewnianym przez organizatora.

Pół roku przed

Zakładałam, że będzie dużo biegania. Że będę sensownie przygotowana. Zakładałam przebiegnięcie tego dystansu w osiem godzin (dziś wiem, że jest to duże wyzwanie, ale realne). Kiedy zorientowałam się, że mam zbyt mało czasu na treningi, zweryfikowałam oczekiwania i doszłam do wniosku, że dziewięć godzin jest dobrym celem i na daną chwilę bardziej realnym. Tak, wiem, ktoś może powiedzieć, że treningi to kwestia chęci, a mówienie „mało czasu” to tylko wymówka. Nie do końca prawda. Ja bardzo chciałam biegać. Jednak często zdrowy rozsądek i pragmatyka musiały zwyciężać. Zdaję sobie sprawę z faktu, że kiedy wstanę rano o 5:00 żeby pobiegać, to w pracy będę nieefektywna, no chyba że położę się do łóżka o 21:00. Po pracy jest tyle zajęć, że nie ma czasu nawet na chwilę siąść w fotelu z herbatką i poczytać książeczkę. A wieczorem zmęczenie pozwala na przeczytanie tylko kilku kartek jednej z aktualnie czytanych pozycji książkowych.

Kilka dni przed

Are you ready?

Zadzwonił do mnie Marcin – czołowy fizjoterapeuta w większej lub jeszcze większej okolicy, celem zamówienia ulotek. Od razu przemknęła mi myśl, że masaż przed biegiem byłby dobry. Skonsultowałam to z nim. „Mięśnie i tak ci się będą spinać w czasie biegu, więc lepiej żeby były maksymalnie rozluźnione”. Jest to bardzo logiczne, lepiej zminimalizować efekt spiętych mięśni. Z tym wiążą się też skurcze, czy możliwe większe urazy przy upadkach. No i byłam umówiona na wizytę. Biec miałam w sobotę bardzo rano, na masażu wylądowałam we wtorek, cztery dni przed startem. „Are you ready?” – to była zapowiedź wisienki na torcie, ostatniej fazy masażu. Zewnętrzne części ud… może niektórzy wiedzą o czym mówię… Za to czułam, że dla stanu mięśni nóg było zrobione wszystko!

Komora normobaryczna

Dzięki innemu znajomemu w czwartkowe popołudnie znalazłam się na przedpremierowym seansie w komorze normobarycznej. Normobaria była dla mnie całkowitą nowością. Wiedziałam tylko tyle, że nie należy jej mylić z hiperbarią. To było ekscytujące doświadczenie, szczególnie w śluzie do wyrównania ciśnienia względem głównej komory. Przejście z 1000 do 1500 hPa musi robić wrażenie. W samej komorze w towarzystwie kilku osób miłe pogawędki i oglądanie filmów, z których dowiedziałam się, że w komorze szybciej przebiegają procesy regeneracji organizmu, ze względu na zmieniony skład powietrza przyswajane jest nie 30, a nawet 100 procent wdychanego tlenu. Zwiększa się ilość komórek macierzystych zastępujących uszkodzone, dzięki temu organizm wolniej się starzeje. Poprawia się wydolność organizmu i wiele innych parametrów. Nie wiem czy niespełna dwie godziny w takiej komorze mogą coś znacznie zmienić, ale doświadczenie ciekawe, warte powtórzenia.

Ostatnia przebieżka

Na dzień przed zaplanowanym masażem wybrałam się na luźnie wybieganie. Zakładałam 10 kilometrów. Założyłam słuchawki, włączyłam muzykę i tak wspaniale mi się biegło, że z radością wydłużyłam trasę do ponad 15 kilometrów. Miałam ochotę biec więcej, ale nierozciągliwy czas kazał mi kończyć. To był dla mnie bardzo dobry prognostyk przed zawodami. Jeśli bez specjalnego wysiłku jestem w stanie przebiec kilkanaście kilometrów, to dlaczego bym nie mogła przebiec pięćdziesięciu… Wiem, to trochę przesadzone stwierdzenie. Nie wiadomo jak organizm zareaguje akurat danego dnia i co może się wydarzyć na trzydziestym, czy czterdziestym kilometrze… Jednak byłam dobrej myśli!

Wiedziałam, że nie będę się ścigać, owszem dam z siebie wszystko, jednak bez przekraczania stanu, w którym mogłabym przestać cieszyć się biegiem. Starałam się nie myśleć o moich statystykach w Endomondo. W ciągu ostatnich siedmiu miesięcy przebiegałam średnio 60 kilometrów miesięcznie – to bardzo mało! Było trochę roweru w ostatnich dwóch miesiącach, a w lipcu nawet w górskim wydaniu na wulkanach w północnej części Balatonu na Węgrzech. Był też jeden wypad w Tatry i parę treningów w górach w ciągu tych ostatnich miesięcy.

Nie wiedzieć dlaczego przy całej tej świadomości faktu minimalistycznego przygotowania biegowego wcale nie miałam niepokoju przed biegiem. Takiego choćby jak przed maratonem w Barcelonie, kiedy to przez cały ostatni miesiąc przed startem budziły mnie rano przed piątą męczące myśli. Na Chudego wyraźnie się cieszyłam!

Rajcza start!

Na zawody wyruszyliśmy z Sebą w piątkowe popołudnie. Nikt inny z naszej grupy biegowej tego roku nie startował na Chudym Wawrzyńcu. Plan: jedziemy od razu do biura zawodów, odbieramy pakiety startowe i resztę wieczoru poświęcamy na sprawne przygotowanie się do biegu tak, aby można było się położyć przed 22:00 do łóżka. Pobudka o 3:15. Wszystko poszło zgodnie z planem oprócz pory snu. Przygotowania przedstartowe trwały dłużej i ostatecznie można było położyć się o 00:30. Pozostało nieco powyżej dwóch i pół godziny snu. I nie był to głęboki, spokojny sen, bo trudno o taki w noc przed zawodami. Rano, mimo że wszystko było przygotowane i zbieraliśmy się dość sprawnie, czas uciekał bardzo szybko. Paniki nie uniknęliśmy. 3:40 wychodzimy, czas najwyższy, jeszcze trzeba poszukać depozytu na starcie. Ciemno. Zaczęliśmy truchtać w stronę startu. Nagle Seba wraz z użyciem niecenzuralnego słowa „moje kijki, zapomniałem!”. Wraca po kije. Czekam na chodniku w Raczy pod jakąś latarnią. Chwilę później biegniemy dalej. Atmosfera na starcie już gorąca. „Gdzie depozyt, gdzie depozyt?” widzę worki, zero obsługi. O, jest! Miła wolontariuszka odebrała moje rzeczy. Stoimy na starcie. „Czołówka, gdzie moja czołówka?” Zostawiłam przy stoisku depozytu. Sprint. Jest. Jeszcze selfie. Odliczanie. Start!

Chip, zip i endo

Pierwsze kilometry biegliśmy asfaltem, było przyjemnie chłodno. Seba rozsądnie ciągle mnie stopował „zwolnij, biegniesz za szybko”. Ale biegło mi się tak lekko, że wcale nie chciałam wolniej. Biegliśmy równo, w środku stawki głównego peletonu. Jednak po kilku kilometrach zaczęłam czuć uciskające moją stopę zipy, którymi do buta przymocowałam chipa do pomiaru czasu. Czułam, że problem narasta. Niemożliwe! Wieczorem misternie dwoma zipami przymocowałam chipa, tak aby nie przeszkadzał w czasie biegu i by było wygodnie. Okazało się, że bieg wiele rzeczy weryfikuje. „Seba, trzeba coś z tym zrobić. Zatrzymajmy się, nie mogę tak biec!”. Wdzięczna jestem Sebastianowi, bo choć trwało to z 5 minut, to bez użycia jakichkolwiek narzędzi zdołał poluzować zipy i mogłam biec w miarę komfortowo dalej. Niestety ta operacja przeniosła nas na koniec stawki. A w górach trudno odrobić straty. Nie szkodzi, trudno, w końcu się nie ścigamy, biegniemy swój pierwszy bieg ultra. Spokojnie. Na punkcie kontrolnym na Przegibku i tak się pozbyłam fatalnych zipów. Po krótkiej rozmowie z panem obsługującym pomiary czasu, pomógł. Odciął zipy od mojego buta ogromnym nożem kuchennym pożyczonym od wolontariuszek krojących arbuzy. Zalecenie: chip na pomiarach brać w dłoń i przenosić nisko nad matą.

Endomondo – to druga niedogodność pierwszych kilometrów. Jako że nie mam zegarka za tysiaka, ale jakiś najprostszy model TomToma, którego bateria nie wytrzyma zbyt długo, to aby mieć pomiar czasu, sensowniej było włączyć Endo. Smartfon wytrzyma bez problemu. Ale… „Jeden kilometr, tempo odcinka… czas…” – usłyszałam pierwszy komunikat. Trzeba wyciszyć, w końcu to obciach biegać z Endomondo ultra, zamiast z wypasionym Garminem. „Dwa kilometry… tempo odcinka…”. No nie! Wyciszam dźwięk w komórce. „Trzy kilometry… tempo odcinka…” – wrzeszczy nadal telefon. Szukam w opcjach endo. Wyłączam wszystkie powiadomienia. Uf… “Cztery kilometry… tempo odcinka…”. O, nie! Przecież nie będę tego słuchać pięćdziesiąt razy! Kolejna próba. Wyciszyłam dźwięki multimediów telefonu. Cisza. To wspaniale, bo akurat zaczął się cudowny wschód słońca. A wschody słońca w górach bywają przepiękne. Ten do takich należał. Właśnie kiedy zdobyliśmy pierwsze wzniesienie Rachowiec, zza horyzontu zaczęło ukazywać się słońce.

Cel Wielka Racza

Mam wrażenie, że pierwsze osiemnaście kilometrów pochłonęłam, biegłam trochę jak w transie. Seba kilka metrów przede mną, ktoś za nami, ktoś przed nami. Czasem wyprzedzaliśmy. „Kiedy śniadanie?” – pyta Sebastian. „Na Wielkiej Raczy”. Na Wielkiej Raczy jest schronisko, więc można skorzystać z bufetu, wc, stolików. Niestety na górę trzeba się wspiąć, a to najwyższy szczyt tego biegu 1236 m n.p.m. No i trzeba wziąć pod uwagę, że to na dwudziestym szóstym kilometrze biegu. Podejście dało trochę popalić. Ale jaką radością było zobaczenie budynku schroniska. Weszłam do schroniska stanęłam w niewielkiej kolejce. Coca-cola – oto czego potrzebuję! Wszystkie butelki z lodówki zostały już wyprzedane, więc dla chętnych serwowano oprócz coli kubeczki ze sporą dawką kostek lodu. To było jak zbawienie. Zasiedliśmy do jednego ze stolików na zewnątrz, a prawie wszystkie były zastawione pustymi lub niedopitymi napojami pozostawionymi przez biegaczy będącymi tu przed nami. Prawie jak szwedzki stół, albo pobojowisko po mocno zakrapianej imprezie… Popijaliśmy colę konwersując miło z dwoma biegaczami ze wschodu Polski. Tak minęło ok. 15-20 min. po czym, jak po odnowie biologicznej ruszyliśmy dalej.

Przegibek, czyli arbuzy i jagody

Kolejnym newralgicznym punktem była Przełęcz Przegibek, gdzie był oficjalny, jedyny na naszej trasie punkt odżywczy. Trzydziesty ósmy kilometr trasy. W głowie miałam myśl, że jeśli będziemy na Przegibku, to zostaje już niespełna piętnaście kilometrów. A cóż to jest piętnaście kilometrów… Odcinek z Wielkiej Raczy na Przegibek pamiętam jako zmaganie się z każdym podejściem już nie w takim tempie jak na wcześniejszych odcinkach, ale co dziwne wszystkie wypłaszczenia – bo że zbiegi, to oczywiste – robiliśmy biegowo. Seba, mimo że parł kilka metrów przede mną i mimo że potrzebował kilku słupków granicznych jako miejsce krótkiego wypoczynku, to wszędzie gdzie można było przechodził z marszu w bieg, i choć wymagało to mobilizacji, ja również. I tak przesuwając się po tym pofalowanym terenie, łącząc to z pogaduszkami z innymi biegaczami dotarliśmy do punktu odżywczego. A było to już w intensywnych promieniach słońca, co dawało o sobie znać. Jednak to co zastaliśmy na Przegibku wynagrodziło trudy poprzednich kilometrów. Najpyszniejsze arbuzy w tym sezonie jadłam właśnie tam. Jadłam, to mało powiedziane, ja się nimi objadałam! Nie odpuściłam również kubeczka leśnych jagód ze śmietaną. Potem uzupełnienie bukłaka w wodę i w drogę!

Meta 50+

Ostatnie kilometry mijały dość wolno. Do teraz cała trasa, w moim subiektywnym odczuciu, mijała mi bardzo szybko. Biegliśmy, maszerowaliśmy. Jedynie miałam czas na dialog wewnętrzny, ale starłam się go wyciszać, aby jak najbardziej wyłączyć mózg i dać mu odpocząć. Co ciekawe, mając czterdzieści kilometrów w nogach, wyprzedzaliśmy osoby dość świeże, te które biegły na trasie Małej Rycerzowej 20 kilometrów. Pamiętam, jak biegnąc w Szczawnicy swoją dwudziestkę, wyprzedzali mnie ci biegnący maraton lub więcej, i jeszcze dodawali otuchy. Teraz to ja ultraska wyprzedzałam tych z krótszego dystansu.

Ostatnie mocne podejście na Muńcuł, jak ostrzegano: trzy razy będzie się wydawało, że to już szczyt, aby dopiero za czwartym razem okazało się, że to już. Nie liczyłam, po prostu szłam pod górę i nie miałam ochoty na jakąkolwiek interakcję z otoczeniem, z nikim. „Mam mały kryzys, chcę po prostu iść” – powiedziałam Sebastianowi. Dopiero dwa-trzy ostatnie kilometry trasy to był ciągły zbieg. Wcale nie prosty. W dużej części „wąski, kamienisty i z piekła rodem” – informowali organizatorzy – i mieli rację. Bardzo trudny technicznie. A mimo to, mijaliśmy z Sebą wszystkich schodzących biegaczy, co mnie dziwiło, ale dodawało skrzydeł na tym końcowym odcinku.

Jeszcze kilometr asfaltu i meta. Mamy to! Radość. Ściąganie butów z ulgą dla stóp. Jest odcisk, o tak, ale jeden i niewielki. I o wiele mniejsze zmęczenie, niż mogłabym się spodziewać. Na mecie oprócz medalu wręczono nam prawdziwe piwo z procentami. To nic, że ciepłe. Smakowało bardzo! Teraz mały resecik. Jedzonko. Kawa. Zimna rzeka. Wszystko co najlepsze, co zastaliśmy na mecie w Ujsołach. Trawa. Słońce. Cudowne uczucie.

Bieganie i jedzenie

To temat dla mnie istotny. Coraz więcej biegaczy zdaje sobie sprawę, że sposób odżywiania ma bardzo istotny wpływ nie tylko na ich ogólny stan zdrowia, ale na wydolność, siłę, a najbardziej na wytrzymałość biegową. Ja od wielu lat zwracam dużą uwagę na to co jem. Od kilku lat ograniczam do minimum gluten, a od jakiegoś czasu również i mięso jem okazyjnie. W mojej diecie jest mnóstwo owoców i warzyw, również w pewnej dodatkowej formie. To rewelacyjna baza długoterminowa. A jeśli chodzi o bieg. W piątek lekki obiad: cukinia zapiekana z pomidorami, papryką i serem feta podawana z sałatą. Wieczorem, już w Rajczy przygotowałam to, co mam sprawdzone od lat, czyli placuszki z jajek i bananów. Część porcji zjadłam na kolację, resztę pozostawiłam na rano, do zjedzenia przed biegiem. Przed samym wyjściem na start energetyk, który nie jest energetykiem w standardowym rozumieniu, ale daje mega dużo energii na cały dzień. Na trasę zabrałam batony. Jeden taki baton zastępuje pełnowartościowy posiłek, zawiera odpowiednią ilość białka, tłuszczy, węglowodanów w odpowiednich proporcjach oraz wszelkie mikro i makroelementy. Wystarczyło mi półtorej takiego batona na trasie ponad pięćdziesięciokilometrowej. Co oprócz tego na trasie? Około 5 sztuk żelków z kofeiną, jeden mały mus owocowy i wspomniany kubek coli w schronisku. Na punkcie odżywczym tona arbuza i trochę jagód. Do tego około trzy litry wody.

Jako że po biegu można sobie pofolgować, wieczorem była pyszna pizza nie wolna od glutenu 😉 popijana schłodzonym białym winem. A, no jakże, na Chudym trzeba zmoknąć i to solidnie… zdarzyło się to w drodze powrotnej z owej pizzerii.

Co dalej?

Regeneracja po biegu była prawie natychmiastowa, do dla mnie, czterdziestoletniej kobiety jest bardzo pozytywnym sygnałem. Tak więc co po pierwszej próbie? Co dalej biegowo? …nie, nie setka. Wiosną 2020 roku chcę zmierzyć się z czterdziestką w Szczawnicy. To będzie mój szósty raz na Biegach w Szczawnicy. Tym razem dystans maratoński. I duża prośba… nie wiem do kogo… bardzo proszę o piękną pogodę na ten bieg!

Zostaw komentarz



Monika

3 lata ago

Brawo ! Bardzo fajnie napisany reportaż ?, trzymam kciuki i podziwiam . Brzmiało to wszystko tak lekko , że przez moment pomyślałam , że może i ja dałabym rade ?.Kolejnych udanych maratonów życzę i tak pozytywnego spojrzenia na życie . Pozdrawiam ciepło Monika

Biegnij po zdrowie

3 lata ago

Dziękuję! 🙂 I pozdrawiam 🙂

Zibizbig

3 lata ago

Gratulacje! Szacun i Podziw! Zazdrości też trochę! Jesteś Wielka Ultrasko???✌️?

Biegnij po zdrowie

3 lata ago

Dzięki Zbyszku 🙂

Krzysztof

3 lata ago

Gratulacje i ogromny szacun. Świetny reportaż.

Biegnij po zdrowie

3 lata ago

Dziękuję 🙂

Zmrożona Finlandia

2 lata ago

Bardzo fajna relacja! Choć mieszkam w górach, to jednak bieganie po nich nie jest dobrym pomysłem… Jest tyle żmij zygzakowatych, że bardzo łatwo o ukąszenie, chyba że się biega zimą ?

INSPIRUJ INNYCH

Chcesz żyć na własnych warunkach? Pracując ile chcesz, bez szefa i w godzinach pracy, które sam sobie wybierasz?

Zainspiruj się
POLUB NAS

© 2018 Biegnij po zdrowie